VIP REJS 2015

3 – 7 czerwca 2015

akwen: Mazury Południowe
47,46 NM (87,89 km) | 16 h

kolektyw oficerski w składzie
  • Basia „umiem-pływać-na-silniku” Wegner
  • Krzysztof „zastrzelcie-mojego-psa” Michalski
  • Andrzej „mocna-dwójka” Wegner
  • Nana „baw-się-ze-mną” Flawiusz vel. Dżambo

Wyraźnych oznak przywództwa w załodze – brak.


3 czerwca 2015, środa – dzień 1

Przybycie załogi do Portu Macierzystego. Zaokrętowanie przed godziną 20:00.
Rejs zaczyna się od nieprzybycia niedoszłego członka załogi, jednak pozostała trójka to znane szczury zatokowe.
Wieje silny, a przede wszystkim zimny wiatr zachodni. Jacht jest zacumowany tak, że uderzenia wiatru i fal bierze na lewą burtę. Kiwa jachtem, kiwa.
Po kolacji na pokładzie – wieczór konwersacyjno-relaksacyjny oraz omówienie wszelkich manewrów wodno-lądowych. Na wniosek całej vip-rady, a zwłaszcza pewnej jej części… pobudka przełożona na później.


4 czerwca 2015, czwartek – dzień 2, czyli pierwszy
12,32 NM (22,81 km), 3,5 h

Pobudka w końcu nastąpiła, choć jej się nie chwali. Poranek płynie powolnie. Wiatr wciąż wieje – i jest nadal dość ciepły. Nie tego spodziewała się załoga. Na pokładzie można nawet marznąć. Zdaniem niektórych członków vip-załogi siła wiatru wynosi do 5 w skali Beauforta, ale prawda jest taka, że jest to Mocna-Dwójka.
Kawa – o tak, Kawa. Śniadanie i plan Mszy w kościele w Rucianem o godzinie 11. Plan został pokrzyżowany zupełnie nieoczekiwanym dla vip-załogi rozpoczęciem się owej Mszy o 10.30. Konieczna była korekta planów – odbijamy w trybie nieco bardziej natychmiastowym i kierujemy się gonić Mszę do Mikołajek

Po otaklowaniu i innych drobnych przygotowaniach Gwiazdor przed godziną 12:30 odbił od nabrzeża pod czułą komendą Krzysztofa i udał się targany nie do końca łagodnym wiatrem północno-wschodnim w kierunku Jeziora Mikołajskiego.
Po przeszło trzech i pół godzinie, wielu zwrotach i innych niezliczonych trudach, jak znoszenie szkwałów i zmian kierunków wiatrów, udało się załodze osiągnąć keję w Mikołajkach. Wygłodniała (i wynudzona, zwłaszcza w jej psiej części) rzuciła się na ląd. Przekąska. Potem spacer, po którym dotarliśmy na 18. do kościoła.
Następnie wieczorny grill, który z racji braku innego lepszego miejsca odbył się na kei. Relaks…


5 czerwca 2015, piątek – dzień 3
9,80 NM (18,15 km), 5 h

Pobudka, kawa. Po niej nagła potrzeba uzupełnienia zapasów spożywczych.
Wieje Mocne-Zero. Przynajmniej stabilnie, a w szczególności – wiatr jest cieplejszy. Odejście od mikołajskiej kei chwilę po 12.30. Czyż to nie piękna pora na rozpoczynanie żeglowania? Stanie się to nową vip-rejsową tradycją.
Nieśpiesznie przesuwamy się na południowy wschód, w kierunku przejścia na Śniardwy – z planem dostąpienia zaszczytu żeglowania po jego wodach. Podczas przechodzenia przez przesmyk wiatr kręci. Kręcą się też Świnie. Więc kręciliśmy się i my.

Zmiana za sterem, decyzja o zasięgnięciu wsparcia silnika. W tym czasie ucieczka przed jeszcze kilkoma Świniami, które chyba naprawdę się na nas uwzięły. Ale dalej… Bezkres jeziora, czisza, spokój. Wiatr równy, bez szkwałów. Mocne-Jeden do Dwójki. Przy tym palące Słońce.
Płyniemy wzdłuż południowo-zachodniego brzegu. Namówieni przez niezależnego konsultanta telefonicznego decydujemy się na zawinięcie do portu Niedźwiedzi Róg.
Prowadzący do niego kanał okazał się nadzwyczaj płytki, albo miecz niewystarczająco podniesiony – w każdym razie po tym jak popieściliśmy piasek na dnie zmuszeni byliśmy wycofać się w pobliskie szuwary, by dać pierwszeństwo kilku jachtom, a samemu zyskać większą przestrzeń manewrową. Tego rejonu Andrzej „nie-znał-jak-własną-kieszeń”. Dalszy ciąg manewrów już bez sensacji… Ale to był dopiero początek atrakcji owego popołudnia.
Port rozdzielający się na trzy baseny, daleko ciągnący się wgłąb lądu – bardzo rozległa przestrzeń. Miejsce wybieramy skrupulatnie. Na brzegu żadnych informacji o opłatach i udogodnieniach, ale decydujemy się zostać na noc. Sekcja psia wybiera się na spacer, następnie jemy posiłek na pokładzie, prażąc się w iście afrykańskim słońcu.
Jachtu oddalonego o jedno miejsce strzeże piękna olbrzymia sznaucerka! Och, chwila… Nie wierzę! Toż to jacht Miłościwie Panującej szkołom im. Narcyzy Żmichowskiej Pani Dyrektor! Niesamowity zbieg okoliczności wpływa w sposób oczywisty na przebieg dalszej części wieczoru, skoro tak zacne grono pedagogiczne się spotyka. Szanty, hulanki, swawole późno w noc!


6 czerwca 2015, sobota – dzień 4
20,58 NM (38,11 km), 5,5 h

Z uwagi na wczorajszy wieczór pobudka została przyjęta dość niechętnie i z pewnymi objawami niedospania. Na nastrój załogi wpłynęła dodatkowo wiadomość o wyjątkowo wygórowanej – jak na panujące warunki – opłacie portowej.
W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, nawet w porcie w głębi lądu wiatr wyjątkowo nierówny, z silnymi porywami. To wpłynęło na rozszerzenie Skali siły wiatru Wegnera powyżej „Mocnej-Dwójki” – „w-szkwałach-Sześć”.

By pielęgnować nowopowstałą tradycję odbijamy od kei w okolicach południa. Za sterem Barbara „dała-radę”… Oh, wait! Nie dała. Broniąc się przed porywami wiatru silnik nie zrozumiał przesłania… i goniony obrotami zerwał klin śruby. Szczęśliwie doniosło nas na drugi brzeg portowego basenu, gdzie dokonaliśmy niezbędnej naprawy.
Po lekkich opóźnieniach wychodzimy na Śniardwy. Wiatr już nie tak równy, jak poprzedniego dnia, jednak „w-szkwałach-Sześć” wydaje się być przesadzone. Żegluje się na tyle przyjemnie, że pozwalamy sobie skierować się na północ – w stronę Okartowa. W załodze pojawia się frakcja, która nawet silnie lobbuje za tym, aby właśnie tam spędzić noc, wyznacza rutę… Plany te jedna zostają storpedowane przez stanowczą opozycję kwestionującą przewydywalność jutrzejszych wiatrów – niezbędnych, by wrócić do macierzystej przystani. Kierujemy się wiec znów na przesmyk i opuszczamy Śniardwy, kierując się na Wierzbę z zamiarem spędzenia nocy w tamtej okolicy. Wiatry nam na tyle sprzyjały, że po minięciu promu i przystani w Wierzbie decydujemy się na dalszą żeglugę w kierunku zatoki Iznockiej i Kamienia. Tam też przybijamy… jednak jak się okazuje – nie na noc. Po zaczerpnięciu rozkoszy kąpieli i uzupełnieniu niektórych zapasów spożywczych, nie bez bólu i sprzeciwów, opuszczamy przystań Kamień, by dobić do przeciwległego brzegu na noc w bezpośrednim kontakcie z naturą.

Za rufą przepiękne, gorące Słońce. Ciepła strawa dziś, to pieczone na ognisku kiełbasy. Pieska część załogi też zadowolona mogąc hasać, pluskać się, ryć i grzebać w ziemi do woli. Piękny zachód Słońca z rufy Gwiazdora, a po nim wyjątkowo ciepła noc. Jeszcze na koniec pieczone w ognisku ziemniaczki, które… jak się okazało – wyparowały – pozostawiając w aluminiowej folii tylko zwęglone resztki. Cóż.


7 czerwca 2015, niedziela – dzień 5, ostatni
4,76 NM (8,82 km), 2 h

Ten poranek przywitał nas nieco zachmurzonym niebem. Odbijamy, a jakże, około południa i nieśpiesznie suniemy baksztagiem, pchani delikatnym wiatrem północnym w kierunku Piasków. Niebo nawet się przetarło, wiatr może nie bardzo silny, ale dość ciepły. Będąc już na wysokości macierzystej przystani wpływamy jeszcze w zatokę Wygryńską, po zwiedzeniu której wykonujemy ostateczne podejście do kei.
Nawet niebo zaciągnęło się płaczem na nasze wyokrętowanie. Jeszcze na koniec obiad w Rucianem i Msza o 18. w kościele w Nidzie. Potem Vip-Załoga odjeżdża w kierunku południowym, a długo jeszcze w drodze słychać śpiewane, nucone szanty.